Borneo to taka moja magiczna wyspa. Czasami wydaje mi się, że jej nie ma, że jest tylko w mojej głowie, taka moja Atlantyda. Na Borneo tez, wieczorową pora, gdzieś w porcie jadłam najlepszy makaron na świecie. Tak pyszny,ze nie przeszkadzało mi, że jem go w całkowitych ciemnościach i co chwila, kątem oka widziałam,przebiegające cichaczem całe rodziny szczurów portowych. Makaron był prosty, bez żadnych wydziwień i serwowany prosto z woka. Niestety nie poznałam nazwy dania, bo w takim miejscu raczej nie było cennika i karty dań, a jak na migi próbowałam się zapytać pana kucharza - wózkowego, to chłopina myślał, że chce dokładkę.
Później, wiele razy jadłam przepyszne makarony, ale nigdy nie trafiłam na tak wspaniały jak ten z portu prawie na koncu świata. Dopiero po latach za pomocą google dowiedziałam się, że jadłam Char Kway Teow. Bardzo popularne danie w Malezji, serwowane przez chińskich emigrantów. Char Kway Teow znaczy nic innego jak "smażone na woku ryzowe paski" Podstawą dania jest makaron ryzowy , sos sojowy, sos ostrygowy i kiełki fasoli. Najbardziej syty, ulubiona wersja chińskich robotników, to taki smażony na smalcu i serwowany z kawałkami wieprzowiny. Lżejsze podawane są z krewetkami, kurczakiem lub tofu.
Zawsze jak jem ten makaron to wzdycham i tęsknie. Chcecie posmakować jak smakuje makaron w ciemnym porcie na Borneo? Zapraszam!